Łoś czy pies?
- Pijany jakiś skurczybyk ? - Pomyślałem - Niby łoś, a zachowuje się jak pies.
No ale może zacznę od początku.
Po półgodzinnym wystawianiu swego ciała, na wszelkie plagi kleszczowo - komarowe i ukrywaniu
się w zarobaczonych chaszczach, postanowiłem zaprezentować się swojemu obiektowi w całej okazałości.
Byczek już od dłuższego czasu spoglądał na mnie i chyba zwąchał lub usłyszał piskliwy dźwięk migawki
mojego cyfrzaka. Wyciągnął łeb w moją stronę, a po chwili zniecierpliwiony podniósł swoje niemałe
cielsko i stanął w całej krasie naprzeciw mnie. Nie myślałem, że może być taki wielki pomimo,
że nie był to jakiś szczególnie dorodny samiec. Koniec tego, idę. Zobaczymy, dokąd ta dzika bestia
pozwoli mi się podejść. Zostawiłem statyw (a co tam, z takiej odległości mogę pstrykać z łapy) i
wygramoliłem się poprzez skępione trawy, na w miarę wygodną przestrzeń, która w tamtym, a na pewno
jeszcze poprzednim roku musiała być skoszona. Tutaj to już był luksus. Ale za luksus trzeba płacić.
Na łące nie było nic, za czym mógłbym się schować. Zacząłem udawać drzewo i przystawać co kilka
kroków pykając fotkę. Łoś bacznie spoglądał na mnie i z zachowania jego wynikało jasno, że również
udaje pień. Nawet radary na głowie nie poruszały się. Byczek stał i świdrował mnie oczami.
Pewnie myślał sobie: co to za drzewo idzie do mnie? A ja znalazłem się już tak blisko, no może
ze dwadzieścia metrów (przypomnę tylko, że łąka jak arena) i zatrzymałem się na dłużej.
- Kurna, czemu bydle nie spiernicza? - powiedziałem dosyć swobodnie, a co mi, najwyżej spierniczy.
I tak już miałem, co chciałem. A on nic.
- Może wściekły? Albo bierze mnie za wilka? Powinien przecież brać mnie za drzewo, wszak calutki
byłem na zielono, ale czy ktoś zgadnie o czym myśli taki wysmażony na słońcu łoś. - Nasłuchałem
się ostatnio o tym, jak łosie radzą sobie z wilkami kopiąc do przodu ile w lezie. Zupełnie inaczej
niż koń, który tą umiejętność zachował jedynie w tylnych kopytach.
- Cholerka nawet nie drgnie! - Przez głowę przeleciał mi pomysł o specjalnie wystawionej,
wykonanej z tektury, atrakcji turystycznej dla zwiedzaczy Parku, ale przecież leżał, a teraz
samodzielnie wstał - znaczy się - żywina. No, to jeszcze dwa kroki. Łoś zaczął zdradzać oznaki
niezadowolenia. Obejrzał się, pewnie aby sprawdzić czy wędrujących drzew nie ma więcej i przestąpił
z nogi na nogę. Zrozumiałem: doszedł do wniosku, że z jednym drzewem sobie poradzi.
- Głupia sprawa - pomyślałem - Chyba czas na "w tył zwrot". A jak naprawdę mnie nie polubił? Postaliśmy jeszcze ze dwie minuty i podjąłem decyzję, zostało może z piętnaście metrów. No, ale co, czy ja go chcę dotknąć? Nieee.... To po co ja lezę na tego byśka. Zdjęcia już mam. A jak mnie skopytuje (takie nowe słowo)? I wykręciłem się na pięcie. W tym czasie łosiu parsknął i również odbiegł ze cztery metry. Zatrzymał się jednak. No to ja wróciłem. Po co...?! Łoś już jednak stracił cierpliwość. Co będzie patrzył na łażące i gadające drzewo. Powtórzył swój psi manewr z odskokiem jeszcze trzy razy i pobiegł jak przecinak prosto w brzezinę. O ludzie!!! Zrozumiałem teraz, że chyba przez ten cały czas nie oddychałem. A było tego z pół godziny!!! Wreszcie nabrałem powietrza. Pomacałem się po portkach. Puste, a więc wszystko ok. Szczęśliwy, rozpocząłem powrót. Obejrzałem się w drodze powrotnej pewnie ze sto razy, czy aby mój wielbiciel się nie rozmyślił z ucieczki. Ale nie. W przedzie trasę przecięły mi jeszcze dwa inne stworzenia. Te jednak nie zamierzały wcale ze mną konferować. Byłem szczęśliwy, niech sobie idą.